Pamiętnik, myśli i wspomnienia...

Pamiętnik, myśli i wspomnienia...
Z miłości zrodzona
Miłością pozostaniesz...

wtorek, 4 marca 2014

Ostatnia wizyta w szpitalu

Jak nas przyjęli na oddział, to tradycyjnie najpierw KTG, pobranie krwi itd. Tym razem też trafiłam na moją ulubioną panią położną Elę i dostałam pokój z wc i prysznicem. Mój mężuś posiedział troszkę ze mną, a pod wieczór pojechał do domku. Przyszła lekarka i wzięła mnie na badanie i USG. Stwierdziła, że maleństwo szykuje się do porodu. Na USG lekarka zdziwiona że małowodzie jest. No rozwalają mnie Ci lekarze, przecież na skierowaniu nawet było napisane jak wół: Małowodzie, cukrzyca G1(oczywiście tym kodem GDM G1 czy jakoś tak), cholestaza, a tu zdziwienie. Okazało się że AFI spadło do 3. Nieźle. Szlak mnie już z tym trafia. DO tego przepływy nie wychodziły dobre. Powiedziała że to przez to że mała ruchliwa jest. No mam nadzieję bo normalnie osiwieje ze zmartwienia.
Na drugi dzień moja sąsiadka do domku wyszła i do wieczorka byłam sama. Rano jak zwykle obchód z profesorkiem. Już planował mnie do domu wypisać, ale lekarz opiekujący się salą powiedział, że dopiero wczoraj przyszłam. Stwierdzili, że muszą powtórzyć USG, przez to AFI 3 i przepływy, chyba w poniedziałek dopiero. Pani Monika do mnie doszła i pytała czy piję dużo, kurcze co oni mają z tym piciem. Przecież ja piję bardzo dużo, a nie tylko dużo, ale to nie daje nic. Wód jak nie było tak nie ma.
Także po obchodzie spokój. Tylko zdziwiona jestem bo KTG mam tylko dwa razy dziennie. To nawet w szpitalu o drugim stopniu referencji miałam trzy razy dziennie. Ale chyba wiedzą co robią.
Do wieczorka byłam sama na sali. Powiem szczerze, że te niektóre położne sprawiają takie wrażenie, że sama zastanawiam się już co ja tu robię. Patrzą na mnie jak na przewrażliwioną wariatkę. Jak ja nie chciałam tu być, dlaczego nie mogli  mnie zostawić w Piotrkowie:( Dobrze, że w sobotę będzie mój lekarz i może wreszcie coś zdecyduje.
Wieczorem położyli na mojej sali dziewczynę na wózku. Okazało się że poroniła w 9tc. Masakra:( współczuję jej, a jeszcze ją położyli ze mną, kobietą w zaawansowanej ciąży. Kamila jest naprawdę fajną i wartościową osobą, która została skrzywdzona przez błąd lekarski. Zwykła operacja na woreczek robaczkowy, błąd i całe życie na wózku.
Sobota, tak czekałam na ten dzień, a tu znów rozczarowanie. Mój lekarz nie zrobi nic, a jeszcze na to że jest AFI 3 i kwasy poszły w góre powiedział mi : Na coś trza umrzeć". Zatkało mnie. Normalnie szok dla mnie ale i Kamila jest w szoku. Znając życie w poniedziałek profesorek mnie do domu wypuści, żebym ruchy liczyła. Po tym obchodzie i podejściu lekarza rozmawiałam z siostrą Ulą i ona powiedziała że w poniedziałek pójdzie porozmawiać z ordynatorem w Piotrkowie, że oni tak panikowali, że u mnie stan jest poważny, że duże obciążenie a tu totalna olewka. Mam już tego dość. Nie wróce do szpitala, chyba że na poród, ale wezmę wszystkie dokumenty i jeśli nie daj Bóg się cos stanie to nagłośnie to w mediach.
Dziś przyjechał mój mężuś. Tęskniłam za nim i za dzieciaczkami też już tęsknię bardzo.
Niedziela, mam nadzieję że już ostatni dzień i noc tutaj. Mam dość tego szpitala i ich lekceważącego podejścia. W południe rodzice z Bełchatowa i brat zrobili mi niespodziankę i mnie odwiedzili. Szybciej mi czas zleciał przynajmniej. Pod wieczór zaczęłam odczuwać skurcze i ból w dole brzucha. Nasilał się z każdą godzinką. Kamila mówiła żebym to zgłosiła, ale znając te położne to zaraz zaczną się podśmiewywać więc wolałam poczekać jeszcze. Kiedy przyszła lekarka B na obchód akurat trafiła na skurcz u mnie i pyta co się dzieję, więc musiałam jej powiedzieć. Zaprosiła mnie na badanie, a po nim powiedziała, że poród się szykuje i mam się spakować bo jadę na porodówkę. Po minach położnych widziałam, że nie wierzyły w ten poród i myślały że wrócę na oddział.
Na porodówce trafiłam na super położną. Po zbadaniu mnie i po obejrzeniu zapisu KTG który tu mi zrobiła, zapytała czy mąż chce być przy porodzie, jeśli tak to żebym po niego dzwoniła. Także mój mężuś był strasznie zdziwiony telefonem po 21.00, że się zaczęło. On do auta a ja na lewatywę. Po tym niepozornym zabiegu akcja się rozkręciła. Niestety tradycyjnie po 23.00 wody trzeba było przekłuć, jak przy każdym moim porodzie. Mąż dotarł dopiero po przekłuciu pęcherza płodowego. W sumie to już bóle były na maksa. Na początku nie chciałam znieczulenia, ale ok godziny wpół do trzeciej już o nie prosiłam. Niestety położna powiedziała że za późno, bo nim by zaczęło działać to byłoby po wszystkim. Najpierw chodziłam koło łóżka podłączona pod KTG, mężuś masował mi plecki. Ból nie do opisania, podtrzymywała mnie tylko myśl, że już niedługo przytulę naszą Malikę. Koło 2.30 położyłam się już na łóżku, po kilkunastu minutach przyszła położna, akurat miałam skurcz i chciała mnie zbadać. Za chwilę usłyszałam: nie przyj nie przyj!!! Tylko jak? Kiedy cały organizm chce przeć. Weszła pani doktor i położna do niej żeby narzędzia przyniosła, bo na łóżku urodze bo za późno na przejście na fotel bo dziecko już wychodzi. Zamieszanie było jak nie wiem. Kazali mężowi zapalić światło, włączył ultrafiolet ;) dopiero położna do lekarki, żeby ona zapaliła bo przecież Pan nie wie które. I nadszedł skurcz, bolało jak nie wiem, ale malutka wyszła przy jednym parciu i usłyszałam ten cudny pierwszy KRZYK naszej MALIKI :) Od razu położyli mi ją na piersi, mogłam przytulić nasza kruszynkę. Dumny tatuś przeciął pępowinę. Po paru minutach zabrali ją na ważenie, mierzenie i tym podobne. Mąż poszedł z naszą dziewczynką. Za chwilę dostał ją na rączki. Pierwsze chwile tatusia z córeczką :) Niestety musieli ją zabrać na dogrzanie, a mnie czekało jeszcze łyżeczkowanie i pobyt na sali poporodowej. Po dwóch godzinkach przewieziono mnie na położnictwo. Mąż rozpakował mnie i musiał opuścić oddział. Po jego wyjściu przyniesiono mi Maliczkę :) i tak zaczęło się nasze wspólne życie. Malika ważyła 3155 i miała 50cm długości. Dostała 10 pkt w skali Apgar. Urodziła się 24.02.2014 o godz. 2.55 w poniedziałek.

Ostatnie tygodnie ciąży....

Wtedy w  środę 12.02 pojechaliśmy na USG, robił lekarz B. Również zdziwiony jak wszyscy że nie leżę w szpitalu bo mam małowodzie. Mówię mu że tydzień temu mnie z niego wypuścili. Pyta, kiedy mam wizytę u lekarza, bo do tego serduszko małej bije trochę za szybko. Także w piątek znów jadę do lekarza J. Ola ze mną jedzie. Najpierw pobranie krwi, potem ktg i czekanie do południa na wyniki i wizytę. Jedziemy z Olą do Portu połazić bo co tu siedzieć tyle czasu. Jadę też do hurtowni po kwiaty dla naszej Isi, bo to 14 luty- tego dnia dowiedzieliśmy się, że małej serduszko już nie bije. Chce jej zrobić torcik z żywych kwiatów w kształcie serduszka. W Porcie odbieram dla niej też baloniki trzy z helem. Po powrocie do Centrum Zdrowia Matki Polki, wyniki już na mnie czekały i od razy lekarz mnie wziął do gabinetu. Po obejrzeniu wyników, z których był niezadowolony, znów dostałam skierowanie do szpitala, ale dopiero na przyszły czwartek, gdyż jak to powiedział w sobotę on będzie na dyżurze, u mnie będzie prawie 37 tc, więc będziemy działać. W poniedziałek mam iść na ktg w Bełchatowie, a w środę na USG znów w Łodzi.
Po powrocie do domu zajęłam się obiadem i robieniem torcika dla Isi i tak do wieczora.
W sobotę pojechaliśmy do córeczki na cmentarz w jej pierwsze urodziny. Straszny dzień :( Łzy same leciały, a ból rozrywa serce na milion kawałków:(



Pierwsze urodziny Isi

Nadeszły pierwsze urodzinki
Naszej malutkiej Kruszynki
Isabellko Córeczko kochana
Tak przez nas wyczekana ...
Może byś już sama dreptała
Wszystkim wokół dokazywała
Torcik byłby zamówiony
Lecz dziś dom w żałobie pogrążony
Nie dane nam było z Tobą się radować
A Tobie życzenia i prezenty przyjmować
Bo Ty w niebie urodziny świętujesz
I tam wśród Aniołków świeczkę zdmuchujesz
Nam rozpacz i pustka po Tobie pozostała
A tęsknota do serca na zawsze się włamała.

Ten ból jest nie do opisania i mimo że w domku mam dwoje dzieci, pod sercem rośnie maleństwo to nic nie uśmierzy bólu po stracie naszej córeczki. Już na zawsze będziemy naznaczeni :(

W niedzielę dochodziliśmy do siebie. Dzieci szykowały się do szkoły, mój Kochany do pracy. Przyjechała wieczorem do nas moja siostrzenica Monia i została do Poniedziałku. Za to w poniedziałek od rana urwanie głowy. Jeszcze nim dzieci do szkoły wyszły, dzwoniła siostra Monika, że przyjedzie na kawę i na zakupy wyskoczymy, jeszcze wczoraj Ola dzwoniła, że pojedzie ze mną na KTG i właśnie idzie do mnie, za moment dzwonił kurier, że paczkę zaraz dostarczy. Siostrzenica niestety musiała już jechać do ortodonty, więc ja, Ola i Monika pojechałyśmy we trzy do galerii i po tym ja z Olą na KTG. A tam zaś złe wieści.
Zapis wyszedł zły, małej serduszko biło za szybko i nim położna mnie odpięła już lekarz wypisał skierowanie do szpitala.
Dobrze że KTG było na 13, to nim zapisało się, nim dojechałam do domu to zaraz wrócił z pracy mój mężuś i pojechaliśmy tym razem do szpitala w Piotrkowie. Przyjęli nas bez problemu. Dopiero na drugi dzień kiedy się zapoznano z moimi wypisami wcześniejszymi to zaczęły się schody. Stwierdzono, że jest za duże obciążenie i potrzebny mi jest szpital specjalistyczny trzeciego stopnia referencji, a w Piotrkowie jest tylko drugi stopień. Także kiedy wszystko unormują muszą mnie odesłać do Łodzi do CZMP.
W Piotrkowie przeleżałam do czwartku, a od razu po dostaniu wypisu miałam się zgłosić do Łodzi i nawet na wypisie był zapis: przekierowanie do Instytutu CZMP. Czas w Piotrkowie spędziłam bardzo miło, położne wspaniałe, o wyglądzie sal ocp i porodówki i położnictwa nie wspomnę. Jedyny szpital ze standardami europejskimi. KTG miałam na swoim łóżeczku trzy razy dziennie. Tv bez opłat, toaleta w pokoju. Naprawdę polecam ten szpital.
W czwartek po wyjechaniu z Piotrkowa pozwoliłam sobie na małe szaleństwo i poszliśmy w Łodzi do Pizza Hut. A po tym niestety musiałam zgłosić się na izbę przyjęć do CZMP:(

sobota, 15 lutego 2014

Rok temu c.d.....

Noc w szpitalu minęła szybko. Kiedy tylko przyszła pielęgniarka z termometrem mój koszmar zaczął się od nowa. Płacz, niedowierzanie i ból. Nie mogłam zrozumieć i do dziś nie rozumiem dlaczego my, dlaczego nas to spotkało, dlaczego nasze dziecko. Obchód lekarski nawet nie wiem jak minął, wszystko pamiętam jak przez mgłę. Wiem, że te dwie panie zostały wypisane. Zostałam na sali sama. Ok 11 godz. miałam jeszcze jedno USG. Niestety nie zdarzył się cud. Serduszko naszego dziecka nie biło. Zaraz po USG lekarz zabrał mnie do pokoju zabiegowego. Oczywiście dla nich biurokracja jest najważniejsza. Musiałam podpisać zgodę na wywołanie porodu i sama nie wiem co jeszcze. Wiem, że wciąż powtarzałam, że zabieram moje dziecko ze sobą, że chce je pochować. Na szczęście nikt nie robił mi z tym problemów. Jeszcze przy mnie dzwonił na porodówkę, żeby zestaw narzędzi był gotowy bo nie wiadomo kiedy zacznie się poród "martwej ciąży", czy jakoś tak to ujął. Najbardziej utkwiło mi zdanie o martwej ciąży. Kazał wejść na fotel. Włożył mi jakieś tabletki i odesłał na salę. Przyjechał mój Mąż i razem pogrążyliśmy się w rozpaczy. W między czasie szukałam wszelkich informacji w internecie jak to wszystko wygląda, czy nie będę miała problemu z zabraniem mojego dziecka. Nikt nas nie poinformował, nie zaproponował rozmowy z psychologiem, a jeszcze pielęgniarki poprosiły, że jeśli się czegoś dowiemy, to żeby im powiedzieć, bo chciały by inne kobiety w takiej sytuacji jak nasza , poinformować. Przyjechała teściowa i pojechali razem z Mężem załatwiać formalności w zakładzie pogrzebowym. Zostałam sama, z moim dzieckiem. Czułam się jak jego trumna. Tak bardzo pragnęłam żeby to był tylko zły sen. Głaskałam brzuch i przepraszałam moje dziecko że je zawiodłam. Analizowałam każdy dzień i szukałam momentu w którym zrobiłam coś nie tak, do dziś szukam takiej chwili. Ok. godz. 16 nadeszły bóle. Najpierw słabe, potem coraz mocniejsze, pojawiło się krwawienie. Bóle z każdym kwadransem się nasilały. Wrócił Janusz, potem przyjechali rodzice z B. Urodziłam dwójkę dzieci,  a nie miałam tak silnych bóli. Ok 21 poszłam do pielęgniarki  zgłosić że mam bóle parte, powiedziała: kochaniutka to tak szybko nie działa. Stwierdziła że może mi coś dać przeciwbólowego. Po dziesięciu minutach, znów poszłam i znów to samo, choć mówiłam że  u mnie poród szybko postępuje, to powiedziała, że teraz dziecko jest małe i nie ma grawitacji. Nie minęło 10 minut jak ewidentnie czułam jak dziecko zaczyna się rodzić, znów poszłam do pielęgniarki, ale tym razem zażyczyłam sobie że ma przyjść lekarz i mnie zbadać. Z wielką łaską zadzwoniła przy mnie po niego. Gdy weszłam na sale, rodzice stwierdzili że już pojadą do domu. Poprosiłam Janusza, żeby podał mi nowy podkład, ze zmienię sobie przed badaniem. Poszłam do toalety. Tak naprawdę bałam się przy nim urodzić, nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać a nie chciałam jego narażać na takie widoki. Zmiana podkładu była pretekstem gdyż czułam że dziecko już wychodzi. Miałam rację. Poczułam skurcz i kiedy spojrzałam w dół zobaczyłam główkę mojego dziecka. Podłożyłam świeży podkład i podtrzymując ręką, żeby nie wypadła, starałam się jakoś iść do zabiegowego. Kiedy wyszłam z wc, akurat lekarz nadszedł i z łaską powiedział : no niech pani wejdzie, zbadam już panią. Bardzo wolno, uważając żeby dziecka nie uszkodzić weszłam za nim do zabiegowego. Były tam też dwie pielęgniarki. On do mnie no niech pani na fotel wejdzie, a ja, że się boję, żeby dziecko się nic nie stało, spojrzał na mnie jak na wariatkę, a wtedy ja podciągnęłam wyżej koszulę. Dopiero wtedy dotarło do nich że ja nie żartowałam i zaczęła się bieganina. Lekarz powiedział, że dziecko podtrzyma, pielęgniarka pomagać mi zaczęła na fotel usiąść, a drugą lekarz wysłał po narzędzie na porodówkę. Ledwo weszłam i nadszedł skurcz i moje maleństwo wysunęło się ze mnie na chustę którą trzymał lekarz. Była godzina 21.30 15 lutego 2013. Zapytałam tylko Panie Doktorze? A on: to dziewczynka. Pielęgniarka zapytała czy ją ochrzcić, byłam w stanie tylko kiwnąć głową na tak. I znów rozpadło się moje serce na kawałki. Potem kolejny skurcz, teraz kolej łożyska, ale ono nie chce się odkleić. Dostałam jakieś zastrzyki. Łożysko trzeba było odrywać. Nie miało to dla mnie znaczenia, moje ciało i mój umysł były jednym wielkim bólem. Kiedy było po wszystkim przypomniałam że zabieram córkę, że chcę ją pochować. Przewieźli mnie na salę, nim odeszła pielęgniarka poprosiłam, żeby mi ją przynieśli, że chciałam się pożegnać, powiedziała, że już za późno, bo już ją zabrano do prosektorium. Byłam zła, że tak szybko, że nie zapytali czy chce ją przytulić. Teraz musiałam czekać jak wyjdę ze szpitala. Mąż był w szoku że już po wszystkim. Kiedy jeszcze byłam w zabiegowym wyszła do niego pielęgniarka i powiedziała mu że : już po wszystkim. Powiedziałam mu że to była dziewczynka. A on do mnie Isabella czy Maura. Powiedziałam Isabellka. Przyszedł lekarz i zapytał czy mój M może ze mną zostać dłużej, że jak coś to ma jego zgodę. Tym bardziej że byłam sama na sali. Oczywiście został. Cały czas płakaliśmy, to było silniejsze od nas. Ok pierwszej  w nocy przyszła położna i poprosiła, żeby Janusz już do domu jechał, bo przy nim się nie uspokoję, a teraz powinnam odpocząć. Dostałam leki uspokajające na senne i niedługo po tym we łzach zasnęłam. To była kolejna koszmarna noc. Mimo leków często się budziłam i płakałam. Sobotę pamiętam jak przez sen. Wydarzenia z dnia poprzedniego wracały do mnie non stop. Telefon dzwonił, a ja nie chciałam rozmawiać z nikim, z lekarzem na ochodzie, z rodziną, z pielęgniarką, z mężem. Chciałam umrzeć, chciałam leżeć z moim dzieckiem, żeby nie było samo. Nie odzywałam się, nie jadłam, nie piłam. Nawet nie płakałam, tylko łzy mi płynęły. Nie chciałam nikogo widzieć. Nawet jak przyjechał mój M i rodzice nie chciałam z nimi rozmawiać. Po 15 wezwano psychiatrę na konsultację. Zaczął gadać, gadać jak to Oni, w końcu zaczął mówić, że jak nie będę się komunikować to będą musieli mnie przenieść do niego na oddział, a wtedy dzieci szybko nie zobaczę i dopiero wtedy coś we mnie pękło. Zaczęłam szlochać i powiedziałam mu, że mnie nie słuchali jak mówiłam że mam bóle parte, że musiałam iść z dzieckiem między nogami, że tak się bałam że ją uszkodzę. Długo rozmawialiśmy i nie powiem, w tym przypadku miałam szczęście. Nie mówił mi, że jestem młoda, że jeszcze będę miała dzieci. Powiedział: żadne dziecko nie zastąpi straconego. I że jeśli kiedyś będę miała jeszcze dziecko, to żebym nie szukała w nim tej straconej istotki, bo i siebie i to dziecko unieszczęśliwię. Powiedział, że teraz najlepszą terapią będą dzieci. I dzięki temu pozwolono im wejść do mnie na oddział. Przy nich musiałam się jakoś trzymać i rozmawiać. One nie mogły cierpieć podwójnie. Ja tylko czekałam poniedziałku. Chciałam wreszcie iść do córeczki. Niestety na drugi dzień obudziłam się z gorączką ponad 40 stopni. Zaraz konsultacja i szukanie przyczyny. Zaczęli podejrzewać sepsę. Leżałam w szpitalu do czwartku, a moja córeczka musiała leżeć tyle czasu tam sama. Kiedy tylko wyszłam ze szpitala od razu do niej poszłam. Pracuje tam miły pan i mi ją przyniósł. Powiedział że mam tyle czasu ile potrzebuje. Wzięłam jej malutkie ciałko na ręce i płacząc przepraszałam ją za wszystko. Mówiłam jak bardzo ją Kochamy, jak na nią czekaliśmy, że bardzo chcieliśmy żeby była z nami. Nie wiem ile czasu tam byłam. Niestety, przyjechał zakład pogrzebowy po inne ciało i musiałam ją znów zostawić. Wracając do domu podjechaliśmy do Zakładu pogrzebowego ustalić szczegóły. Całe szczęście, bo okazało się że trumienka jest bez poduszki tylko satyną wyściełana. Jedna rzecz jeszcze mnie zmartwiła, wydawało mi się że jest za mała na naszą kruszynkę. Po wyjściu z zakładu, pojechałam szukać podusi i ubranka dla Isabellki. Po powrocie do domu zaczęłam jej becik wyszywać, chciałam zrobić coś od siebie dla niej. Wyszyłam jej: "Z miłości zrodzona miłością pozostaniesz" i "Śpij siostrzyczko, córeczko śpij o naszej miłości śnij" oraz Tęsknimy, Kochamy, Pamiętamy. Pierwszą noc w domu spędziłam płacząc z mężem. Tuliliśmy się do siebie, płakaliśmy i zastanawialiśmy się dlaczego tak musi być. Zastanawiamy się do dziś. Następnego dnia czekał nas pogrzeb naszego szczęścia. Ale o tym napiszę w rocznicę pogrzebu. Dziś już nie daję rady. Wspomnienia bolą. I to bardzo. Pisze płacząc, aż skurcze się pojawiły.

Kochana Córeczko nigdy nie przestaniemy Tęsknić za Tobą, Kochać Cię i Wspominać.

Pierwsze urodziny Isi

Nadeszły pierwsze urodzinki
Naszej malutkiej Kruszynki
Isabellko Córeczko kochana ...

Tak przez nas wyczekana
Może byś już sama dreptała
Wszystkim wokół dokazywała
Torcik byłby zamówiony
Lecz dziś dom w żałobie pogrążony
Nie dane nam było z Tobą się radować
A Tobie życzenia i prezenty przyjmować
Bo Ty w niebie urodziny świętujesz
I tam wśród Aniołków świeczkę zdmuchujesz
Nam rozpacz i pustka po Tobie pozostała
A tęsknota do serca na zawsze się włamała.

piątek, 14 lutego 2014

Rok temu.... ;(

Rok temu obudziłam się rano pełna szczęścia i wyczekiwania. Mieliśmy umówioną wizytę na USG połówkowe i do tego w 3D/4D, tylko moje Kochanie miało wrócić z pracy. Cały dzień mi się dłużył. Nareszcie o 15 mój M wrócił  i mogliśmy jechać do gabinetu doktora N. Potem, jak to w Walentynki, mieliśmy jechać na kolację do nowo otwartej pizzerii Texas. Jeja, ale byliśmy szczęśliwi. Ledwo co wróciliśmy z Zakopanego, gdzie dosłownie przeżyliśmy kolejny miesiąc miodowy. Teraz znów siedzieliśmy w poczekalni pod drzwiami gabinetu lekarskiego i śmialiśmy się do siebie jak głupcy. Nie mogliśmy się doczekać kiedy zobaczymy nasze maleństwo. Mieliśmy nadzieję, że poznamy może płeć naszego dzieciątka. Byliśmy lekko rozczarowani, bo okazało się, że jednak nie wchodzi się na godziny, tylko według kolejki. Także nie o 15.30 a po 16.15 dopiero była nasza kolej. Po formalnościach, gdzie ustaliliśmy cenę 150 zł za wizytę zaczęło się badanie.Mój mąż usiadł w fotelu przed monitorem, a ja położyłam się na leżance. Najpierw miało być zwykłe USG z pomiarami i w ogóle. Uśmiech nie schodził nam z twarzy kiedy lekarz smarował mój brzuch żelem. Nie spodziewaliśmy się tego co za chwilę usłyszymy. Nawet w najczarniejszych snach...
Lekarz przyłożył głowice i przez chwilę nic się nie odzywał. Potem powiedział słowa, których nigdy nie zapomnę : " niestety badanie będzie kosztowało państwa 200 zł bo dziecko nie żyje, przykro mi".
Nie mogłam w to uwierzyć. Spojrzałam na męża, a on siedział, załamany ze spuszczoną głową. Zaczęłam się kłócić z lekarzem, jak to nie żyje, on że brak czynności serca, że uogólniony obrzęk płodu. Ja do niego, że gówno prawda bo ja jeszcze nie dawno czułam ruchy dziecka. On, że mogłam czuć, bo jeszcze malutkie jest dziecko i przy moich ruchach ono pływa w płynie owodniowym i o ściany się obija, a ja to czuje jak ruchy. Nie chciałam mu uwierzyć. Wtedy zaczął mówić, że nie widzi nerek, że pęcherza dziecko nie ma i że wada serca była. Powiedziałam mu że nie chcę go słuchać. Kazał mi od razu na szpital jechać i dał skierowanie. Nie mogłam tam być ani minuty dłużej, musiałam wyjść, to mój Mąż wziął skierowanie.
Weszliśmy tacy uśmiechnięci, a wyszliśmy- ja zaryczana a mój M załamany. Zaczął się nasz koszmar....
Prosto od tego lekarza pojechaliśmy do innego. Niestety następny potwierdził brak czynności serca:(
Nie było wyjścia, pojechaliśmy do domu, żebym spakowała się do szpitala. Łzy nie przestawały mi płynąć:(
Dlaczego, dlaczego, dlaczego?????
Dlaczego my??????
Dlaczego nasze dziecko????
Rok czasu szukam odpowiedzi, nie znalazłam... nie zrozumiałam tego....
W szpitalu nie byłam w stanie odpowiadać na pytania, dałam skierowanie i dalej płakałam.
Panie stwierdziły, że położą mnie na ginekologii, żebym nie musiała oglądać innych kobiet w ciąży. Na oddziale lekarz pyta co się stało, ale to położna za mnie odpowiedziała, ja dalej nie byłam w stanie. A on się pyta który tydzień, mówię, że 24,6, a on do mnie że taka duża ciąża to rzadko się zdarza, żeby obumarła. Pyta czy mam jakieś bóle, mówię że nie, pyta czy krwawię, ja że nie, a on do mnie :To skąd pani wie, że dziecko nie żyje? Ja mu wtedy pokazałam wynik z USG. Stwierdził, że zrobimy jeszcze jedno USG trochę później i jutro powtórzone będzie, bo takie są procedury. Położna pokazuje mi salę i łóżko. Dwie panie już tam leżą, ale ja nie jestem w stanie rozmawiać, wciąż płaczę. Mój M zostaje ze mną. Siedzimy załamani, czekamy na lekarza. W głowie tli się jeszcze mała nadzieja, że może jednak to pomyłka, i że nasze dziecko żyje. Po 21 przychodzi lekarz, zabiera mnie na USG. Znów to samo, leżanka, żel na brzuch, głowica i słowa lekarza, czy chce to usłyszeć. Mówię, ze muszę to wiedzieć, wtedy ON: Przykro mi brak akcji serca, uogólniony obrzęk płodu. Moje serce znów roztrzaskuje się na milion kawałków.....
Już coraz później i mój M musi wracać do domu.
Zostaje sama, załamana, szlochająca, głaskająca brzuszek, gdzie jeszcze jest moje dziecko i błagająca Boga, żeby to nie była prawda, żeby nasze dziecko żyło, żeby nam go nie zabierał.
Nie wysłuchał.....
Szlochając nie wiem kiedy zasnęłam, późno było, dostałam coś na uspokojenie od położnych.
Pierwsza z najgorszych nocy w moim życiu....
Moje serce roztrzaskane na milion kawałków..... Już nigdy nie będę potrafiła go posklejać ....


Powiązane linki :
http://pamietnikiwspomnienia.blogspot.com/2014/02/rok-temu-cd.html