Pamiętnik, myśli i wspomnienia...

Pamiętnik, myśli i wspomnienia...
Z miłości zrodzona
Miłością pozostaniesz...

sobota, 15 lutego 2014

Pierwsze urodziny Isi

Nadeszły pierwsze urodzinki
Naszej malutkiej Kruszynki
Isabellko Córeczko kochana ...

Tak przez nas wyczekana
Może byś już sama dreptała
Wszystkim wokół dokazywała
Torcik byłby zamówiony
Lecz dziś dom w żałobie pogrążony
Nie dane nam było z Tobą się radować
A Tobie życzenia i prezenty przyjmować
Bo Ty w niebie urodziny świętujesz
I tam wśród Aniołków świeczkę zdmuchujesz
Nam rozpacz i pustka po Tobie pozostała
A tęsknota do serca na zawsze się włamała.

piątek, 14 lutego 2014

Rok temu.... ;(

Rok temu obudziłam się rano pełna szczęścia i wyczekiwania. Mieliśmy umówioną wizytę na USG połówkowe i do tego w 3D/4D, tylko moje Kochanie miało wrócić z pracy. Cały dzień mi się dłużył. Nareszcie o 15 mój M wrócił  i mogliśmy jechać do gabinetu doktora N. Potem, jak to w Walentynki, mieliśmy jechać na kolację do nowo otwartej pizzerii Texas. Jeja, ale byliśmy szczęśliwi. Ledwo co wróciliśmy z Zakopanego, gdzie dosłownie przeżyliśmy kolejny miesiąc miodowy. Teraz znów siedzieliśmy w poczekalni pod drzwiami gabinetu lekarskiego i śmialiśmy się do siebie jak głupcy. Nie mogliśmy się doczekać kiedy zobaczymy nasze maleństwo. Mieliśmy nadzieję, że poznamy może płeć naszego dzieciątka. Byliśmy lekko rozczarowani, bo okazało się, że jednak nie wchodzi się na godziny, tylko według kolejki. Także nie o 15.30 a po 16.15 dopiero była nasza kolej. Po formalnościach, gdzie ustaliliśmy cenę 150 zł za wizytę zaczęło się badanie.Mój mąż usiadł w fotelu przed monitorem, a ja położyłam się na leżance. Najpierw miało być zwykłe USG z pomiarami i w ogóle. Uśmiech nie schodził nam z twarzy kiedy lekarz smarował mój brzuch żelem. Nie spodziewaliśmy się tego co za chwilę usłyszymy. Nawet w najczarniejszych snach...
Lekarz przyłożył głowice i przez chwilę nic się nie odzywał. Potem powiedział słowa, których nigdy nie zapomnę : " niestety badanie będzie kosztowało państwa 200 zł bo dziecko nie żyje, przykro mi".
Nie mogłam w to uwierzyć. Spojrzałam na męża, a on siedział, załamany ze spuszczoną głową. Zaczęłam się kłócić z lekarzem, jak to nie żyje, on że brak czynności serca, że uogólniony obrzęk płodu. Ja do niego, że gówno prawda bo ja jeszcze nie dawno czułam ruchy dziecka. On, że mogłam czuć, bo jeszcze malutkie jest dziecko i przy moich ruchach ono pływa w płynie owodniowym i o ściany się obija, a ja to czuje jak ruchy. Nie chciałam mu uwierzyć. Wtedy zaczął mówić, że nie widzi nerek, że pęcherza dziecko nie ma i że wada serca była. Powiedziałam mu że nie chcę go słuchać. Kazał mi od razu na szpital jechać i dał skierowanie. Nie mogłam tam być ani minuty dłużej, musiałam wyjść, to mój Mąż wziął skierowanie.
Weszliśmy tacy uśmiechnięci, a wyszliśmy- ja zaryczana a mój M załamany. Zaczął się nasz koszmar....
Prosto od tego lekarza pojechaliśmy do innego. Niestety następny potwierdził brak czynności serca:(
Nie było wyjścia, pojechaliśmy do domu, żebym spakowała się do szpitala. Łzy nie przestawały mi płynąć:(
Dlaczego, dlaczego, dlaczego?????
Dlaczego my??????
Dlaczego nasze dziecko????
Rok czasu szukam odpowiedzi, nie znalazłam... nie zrozumiałam tego....
W szpitalu nie byłam w stanie odpowiadać na pytania, dałam skierowanie i dalej płakałam.
Panie stwierdziły, że położą mnie na ginekologii, żebym nie musiała oglądać innych kobiet w ciąży. Na oddziale lekarz pyta co się stało, ale to położna za mnie odpowiedziała, ja dalej nie byłam w stanie. A on się pyta który tydzień, mówię, że 24,6, a on do mnie że taka duża ciąża to rzadko się zdarza, żeby obumarła. Pyta czy mam jakieś bóle, mówię że nie, pyta czy krwawię, ja że nie, a on do mnie :To skąd pani wie, że dziecko nie żyje? Ja mu wtedy pokazałam wynik z USG. Stwierdził, że zrobimy jeszcze jedno USG trochę później i jutro powtórzone będzie, bo takie są procedury. Położna pokazuje mi salę i łóżko. Dwie panie już tam leżą, ale ja nie jestem w stanie rozmawiać, wciąż płaczę. Mój M zostaje ze mną. Siedzimy załamani, czekamy na lekarza. W głowie tli się jeszcze mała nadzieja, że może jednak to pomyłka, i że nasze dziecko żyje. Po 21 przychodzi lekarz, zabiera mnie na USG. Znów to samo, leżanka, żel na brzuch, głowica i słowa lekarza, czy chce to usłyszeć. Mówię, ze muszę to wiedzieć, wtedy ON: Przykro mi brak akcji serca, uogólniony obrzęk płodu. Moje serce znów roztrzaskuje się na milion kawałków.....
Już coraz później i mój M musi wracać do domu.
Zostaje sama, załamana, szlochająca, głaskająca brzuszek, gdzie jeszcze jest moje dziecko i błagająca Boga, żeby to nie była prawda, żeby nasze dziecko żyło, żeby nam go nie zabierał.
Nie wysłuchał.....
Szlochając nie wiem kiedy zasnęłam, późno było, dostałam coś na uspokojenie od położnych.
Pierwsza z najgorszych nocy w moim życiu....
Moje serce roztrzaskane na milion kawałków..... Już nigdy nie będę potrafiła go posklejać ....


Powiązane linki :
http://pamietnikiwspomnienia.blogspot.com/2014/02/rok-temu-cd.html

środa, 12 lutego 2014

Moja psychika powoli siada :(

Już luty. Znów mam zaległości w pisaniu i  zastanawiam się czy kiedykolwiek je nadrobię. Jak ostatnio trafiłam do szpitala to poleżałam 6 dni. Było troszkę strachu, bo we wtorek po sprawdzeniu wyników z poniedziałku, zastanawiali się nad zakończeniem ciąży i pobrali krew na sprawdzenie czy kwasy spadają. Na szczęście te z wtorku już były niższe, za to cukry w profilach dość wysoki. Tu w Łodzi pięć razy dziennie muszę się kłuć, w Bełchatowie było cztery razy. A w środę ku zaskoczeniu wszystkich Profesor wypuścił mnie do domu. Nie powiem ucieszyłam się, tym bardziej że na drugi dzień 30.01.2014 mieliśmy umówioną wizytę na prywatne USG w Bełchatowie u lekarza Macieja  K.
Także znów nie mogliśmy doczekać się czwartku i kiedy zobaczymy naszą Malikę w 3D:)
Byliśmy już 10 minut przed umówioną wizytą, czekaliśmy jak na szpilkach. W życiu nie myślałam, że znów czekają na nas złe wieści.
Weszliśmy, lekarz już nas znał, więc od  razu na leżankę kazał się położyć, żel na brzuch i się zaczęło. Szok, bo nie można dobrze sprawdzić małej, ponieważ nie ma wód:( Lekarz zdziwiony, że mnie ze szpitala w takim stanie wypuścili. Pyta kiedy w szpitalu USG było robione, ja mówię że w poniedziałek a AFI było 8cm, waga małej orientacyjna:2127g . Zdziwiony bo teraz jest 6, poniżej normy, waga małej: 2199g. Mały przyrost wagi:(  Mówi, że mu przykro ale od nowa do szpitala muszę jechać. I tym sposobem z USG na którym mieliśmy wreszcie dostać zdjęcie córci okazało się że jest małowodzie i nici ze zdjęcia, za to jest ryzyko dla małej.
Gdy wróciliśmy do domu, wzięliśmy się za szykowanie kącika małej na wszelki wypadek. Prasowanie, składanie łóżeczka, montowanie pościeli i w ogóle. Znów pakowanie torby do szpitala.
Przy okazji pakuję torbę dla małej.
W szpitalu pani doktor Monika, co mnie wcześniej wypuścić musiała, razem z doktorem Maćkiem zrobili USG jeszcze raz, niestety AFI 5, waga:2068g-czego w ogóle nie rozumiem. Także konieczne jest leżenie i monitorowanie małej, bo jest to dla niej duże zagrożenie. Znów leżenie, ale tym razem już nie czekam na wypis, tylko cieszę się że mała jest pod stałym monitorem.
Leżymy, w poniedziałek przychodzi Profesor K, docieka czy mi wody się sączą i czy zauważyłam żeby ze mnie wyleciało ok szklanki wody, mówię, że nic takiego nie miało miejsca. Wysyła jeszcze raz na USG i test Meninga. Na USG wychodzi, że wód jest AFI 4cm, waga małej:2117g. Jeszcze mniej wód niż było. Test meninga 8/10. Dostałam zero punktów za wody. Sprawdzają pęcherz płodowy, okazuje się że cały, sprawdzają czystość wód, na szczęście czyste. Także leżymy dalej.
We wtorek wyniki kwasów z poniedziałku- 16, podwyższone. W środę mam mieć kontrolnie pobraną krew na kwasy. Dobrze że jestem pod opieką, trzy razy dziennie ktg, co trzy godziny położne przychodzą i sprawdzają tętno małej, nawet w nocy.
Nadeszła środa. Rano przychodzi doktor Maciek i mówi, ze dziś sobie sprawdzimy jak z wodami i jak mała przybiera i czy przepływy są dobre. Mówi, że jutro znów sprawdzimy poziom kwasów,  a w piątek powtórzymy USG. Przed samym obchodem z profesorem wzywają go na cięcie cesarskie.
Przychodzi profesor K, ogląda wyniki i mówi, że się pożegnamy bo liczyć ruchy to ja mogę w domu. Jestem w szoku, zaczynam się z nim dochodzić, że jak to z małowodziem i takim obciążeniem? A on do mnie: Czuje Pani ruchy? Ja mówię, że tak, ale mało i słabo, a on do mnie: ALE PANI CZUJE. Tyle z nim rozmowy.
Potem przychodzi do mnie doktor Maciej, też jest zdziwiony, nie wie jak spojrzeć mi w oczy, mówi, że mu przykro, ale to Profesor rządzi i że on taki już jest. Zabiera mnie jeszcze na USG, Afi nadal 4cm, waga małej:2231. Podpowiada mi jeszcze, żebym pojechała do domu i wieczorem albo jutro znów wróciła i powiedziała, że ruchów nie czuje i nie mogą odmówić mi przyjęcia. Albo żebym przyszła do niego we wtorek do gabinetu, bo u niego będzie u niego pani doktor z innego oddziału i ona mi da skierowanie na inny oddział: perinologii i tam może się wreszcie mną zajmą. Mówię że pomyślę, sama nie wiem co mam robić. W czwartek mam wizytę u doktora J z CZMP, doktor Maciek nie każe mi rezygnować tylko stawić się u niego. Także zostaje mi czekać na męża. A potem strach i lęk że coś się małej stanie:(
Do domu zajechaliśmy późno, bo ok 18. Mama też nie może uwierzyć, że mnie tak po prostu wypuścił. Dziewczyny z forum też są zdziwione nie mnie niż ja.
W czwartek jedziemy do doktora J. Najpierw ktg, potem wizyta. Lekarz też zdziwiony, że mnie wypuścili, przegląda wyniki, okazuje się, że do tego z dużymi D-dimerami mnie wypuścili. Wypisuje receptę na Clexan. Od tej chwili będę musiała dodatkowo zastrzyki sobie robić. Mówi że niestety ale w poniedziałek i piątek będę musiała robić ktg, w piątek z badaniem i kontrolą badań krwi, a w środę przepływy i wody sprawdzane. A najlepiej to jakby się akcja porodowa zaczęła. Proponuje żebym choć w poniedziałek załatwiła sobie ktg w Bełchatowie, bo do Łodzi to jednak kawałek drogi mamy. Kolejny lekarz, który uważa że powinnam nie wychodzić ze szpitala i który mówi, że nie ma na to wpływu bo z profesorem się nie dyskutuje.
Przede mną stresujący weekend. W piątek na szczęście udaje mi się załatwić ktg na poniedziałek. Jedna dobra wiadomość w ostatnich tygodniach.
W piątek i niedzielę jesteśmy na cmentarzu u Isabellki, nie umiem powstrzymać łez, to tak boli, że dziecko zostało mi odwiedzać na cmentarzu. Nie znicze powinnyśmy kupować tylko zabawki i inne rzeczy. Gdzie jest sprawiedliwość? Nie ma:(
W poniedziałek idę na ktg, zapis dobry, ale lekarz który go ogląda i inne dokumenty ze szpitala chce mnie od razu znów na oddział kłaść i to do Łodzi do CZMP. Muszę mu tłumaczyć, że przecież ze szpitala mnie z takimi wynikami wypisali. To już trzeci lekarz który się dziwi że z tak małą ilością wód mnie wypuścili. Mówię mu że w środę jadę na USG a w piątek na ktg plus badanie, to każe mi na kolejny poniedziałek na ktg zapisać się. Żeby w miarę często je robić i kontrolować, choć jak mówi ktg to tylko 1/4 sprawdzenia kondycji dziecka. No proszę, a pan PROFESOR K. na podstawie dobrych zapisów ktg mnie wypuścił.
Dziś mamy środę, czekam na męża i jedziemy na USG, znów się boję co wyjdzie na badaniu. Pocieszam się tym, że mała się rusza i to dużo. Oby urodziła się cała i zdrowa.
Wierzę że jej  siostrzyczka czuwa nad nami z Nieba. Kochamy Cię Isiu:* [*]

piątek, 24 stycznia 2014

Styczniowo-szpitalnie

Dawno nie pisałam, ale to przez to, że ostatnie dni mijają mi między szpitalem, a czasem wypełnionym na zakupienie wyprawki dla Maliki. Jak zaczęło się od drugiego grudnia z tymi szpitalami to się skończyć nie może. Leki co dostałam przed Wigilią nie pomogły i dzień po świętach, trafiłam do szpitala w CZMP. Poszłam z gardłem i opryszczką a okazało się że mam jeszcze cholestazę. Poleżałam do sylwestra i na szczęście ok 15 wypuścili nas do domku. Mieliśmy czas na zakup kilku niezbędnych rzeczy dla Małej, tym bardziej, że przy cholestazie poród przedwczesny jest wskazany. Wigilię spędziliśmy w sumie w domku, ale wcześniej zrobiliśmy objazd po rodzicach i oczywiście pojechaliśmy do naszej córeczki. Postawiliśmy jej śliczną choineczkę i połamaliśmy się z nią w myślach opłatkiem. Wychodząc z cmentarza nie wytrzymałam i się rozpłakałam, nie tak powinno być. W Wigilię powinna dostać pierwsze świąteczne prezenty, a co mogliśmy jej kupić? Kwiaty, znicze? Tyle nam zostało.
Połowa stycznia minęła spokojnie. Sylwester w domku z dziećmi i mężem. Uwielbiam te chwile razem:) Choć ten był nietypowy:) mąż mało co do jedzenia kupił i trzeba było pizze dzieciom zagrzać, a mięso na nowy rok zostawić. Ale najważniejsze, że razem go spędziliśmy i wypuścili mnie z tego szpitala. Nie na długo, bo 15 miałam wizytę u ginekologa z mojej miejscowości  i jak zobaczył wyniki z obciążenia glukozą (przy poprzedniej wizycie zaginął, teraz cudownie się znalazł) od razu mnie na profile do szpitala skierował i znów przeleżałam kilka dni. Niestety, cukrzyca ciążowa się potwierdziła. Ledwo wyszłam ostatnio ze szpitala, a wczoraj miałam wizytę w Łodzi w  CZMP, gdzie zaś ten lekarz zobaczył wyniki z krwi (fibrynogen, D-dimery i coś w podobie) to znów skierowanie do szpitala i dziś mam się tam zgłosić. Zaczyna mi powolutku psychika siadać, bo ile można wytrzymać. Non stop jakieś diagnozy które się potwierdzają, a my tylko chcemy mieć dziecko. Czy to tak wiele? Czy my tak dużo wymagamy?

środa, 1 stycznia 2014

Nowy Rok

Dziś Nowy Rok, oby był lepszy od tego co minął. Czas na refleksje, ale to już nie dziś. U nas 30tc, malutka się wierci i cieszy z mamusią że sylwestra w domku spędziłyśmy z dzieciaczkami i tatusiem. Dla Wszystkich: Spełnienia marzeń, oby ten rok był pełen miłości, wsparcia bliskich i blisko nas zawsze życzliwych osób.